Latem 1977 roku zapowiadało się, że Polska Rzeczpospolita Ludowa ostatecznie zniszczy demokratyczną opozycję. Istniejący od niedawna Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, dzięki sprawnej infiltracji ze strony SB, paraliżowały wewnętrzne spory i wkrótce rozpadł się na mniejsze organizacje. Uznawany natomiast za głównego wroga ustroju komunistycznego Komitet Obrony Robotników praktycznie rozbito, aresztując kierownictwo, m.in. Jacka Kuronia, Adama Michnika, Antoniego Macierewicza i Seweryna Blumsztajna. Bez ich charakteru i umiejętności "zawodowych" opozycjonistów zorganizowane działania kontestatorów powoli wygasały. Strach przed represjami też robił swoje i choć w lipcu 1977 r. nadal wielu ludzi kultury i nauki protestowało przeciw więzieniu w Polsce osób za poglądy polityczne, siła oporu słabła. Ci twórcy, którzy wiernie służyli partii, znów zdawali się triumfować.
"Wszystkie bunty naszych literatów zdławimy, bo dopomoże nam Związek Radziecki" - przechwalał się podczas obiadu wydanego przez ZAiKS dla gości z RFN pisarz Stanisław Ryszard Dobrowolski.
Niespodziewanie, zamiast generalnej rozprawy z kontestatorami, Edward Gierek wybrał drogę ustępstw. Według Janusza Rolickiego, autora biografii I sekretarza PZPR, Gierek decyzję podjął bez konsultacji z Biurem Politycznym ani z Kremlem. Zaskakując wszystkich, chciał radykalnie przeciąć konflikt i odebrać opozycji rację bytu.
Dzień 22 lipca - święto Polski Ludowej - przyniósł cud. Władze ogłosiły amnestię i wszyscy działacze KOR oraz ostatni robotnicy z Ursusa i Radomia wyszli na wolność. Komitet triumfował, bo osiągnął swój główny cel - powstrzymał represje wobec uczestników robotniczego buntu z 1976 r.
Jednocześnie jednak zniknęła główna przyczyna założenia KOR. Wbrew nadziejom Gierka, opozycjoniści wcale nie zamierzali z tego powodu spocząć na laurach.
We wrześniu 1977 r. oficjalnie rozszerzyli cele działania, głosząc potrzebę demokratyzacji kraju, a do skrótu KOR dodano nazwę: Komitet Samoobrony Społecznej. Organizacja, którą elity intelektualne kraju tak długo chroniły przed likwidacją, zaczęła być dla nich oparciem.
Rzeka podziemna
Dzięki współpracy ludzi kultury i nauki z "zawodowymi" opozycjonistami po cichu rodziło się w PRL alternatywne, wolne państwo. Jesienią 1976 roku dzięki wsparciu organizacyjnemu i finansowemu KOR ukazał się kwartalnik literacki "Zapis". W piśmie publikowali swoje eseje, recenzje, poezje, opowiadania itp. liczący się twórcy, m.in. Stefan Kisielewski, Andrzej Szczypiorski, Andrzej Micewski, Ryszard Krynicki, Adam Zagajewski, Andrzej Drawicz, Władysław Bartoszewski. Wszystko bez oglądania się na rząd i cenzurę. Przez następne lata zespół 17 osób, z Wiktorem Woroszylskim i Jerzym Andrzejewskim na czele, stworzył nielegalne pismo, które osiągnęło renomę wyższą od czasopism wychodzących w oficjalnym obiegu.
Potem w sierpniu 1977 r. znakomity organizator Mirosław Chojecki zkolegami stworzył instytucję niespotykaną wcześniej w krajach demokracji ludowej - Niezależną Oficynę Wydawniczą "NOWA". Podziemne wydawnictwo drukowało wszystkie książki, które ze względu na swoją treść nigdy by w PRL nie ujrzały światła dziennego. Gdy autor "Kompleksu polskiego" Tadeusz Konwicki otrzymał pierwszy egzemplarz powielony przez "NOWĄ", pobiegł z nim do dyrektora legalnego wydawnictwa "Czytelnik" i od progu krzyknął "Widzi Pan! Widzi Pan!". Indagowany dyrektor nie mógł uwierzyć, że w Polsce można wydać tak szybko i dobrze książkę, a w dodatku wbrew władzom.
Wolne słowo powoli, ale skutecznie kruszyło system. Czasami pomagały też szczęśliwe zbiegi okoliczności. Oto w marcu 1977 r. do Szwecji uciekł krakowski cenzor Tomasz Strzyżewski. W podróż zabrał skopiowane przez siebie tajne materiały instytucji, w której pracował. W listopadzie 1977 roku wydano je w Londynie oraz w Polsce ("NOWA"). Szczegółowa wiedza, jak działa aparat kontroli słowa i informacji, wstrząsnęła polską inteligencją.
"Zapoznałem się z dokumentem, który podnosi włos na głowie (...) Coś niesłychanego! Drobiazgowo wyliczone, o czym nie wolno pisać, na przykład o wybuchu gazów, o orzeczeniach Sądu Najwyższego (...). Do tego lista nazwisk zakazanych i podejrzanych (ja też jestem), a także wersja oficjalna o Katyniu - sowiecka oczywiście itd. Ci ludzie wszystko wiedzą o swoich zbrodniach i bzdurach, to są cynicy najwięksi jacy istnieją, groza wieje z tego dokumentu" - zapisał w dzienniku Stefan Kisielewski.
Wyjście na jaw prawdy podsyciło buntownicze nastroje. Powoli intelektualiści stawali się gotowi nie tylko do słownych i listownych protestów, ale i do podejmowania ryzykownych działań.
Zakazana wiedza
Pierwszy raz w prawdziwym działaniu większość sympatyków demokratycznej opozycji sprawdziła się zakładając Towarzystwo Kursów Naukowych. Deklarację powstania TKN wydano 22 stycznia 1978 roku, a podpis pod nią złożyło 66 luminarzy ze świata kultury i nauki. Obok znanych twórców, jak np. Wisława Szymborska, Jan Józef Szczepański czy Tadeusz Konwicki, sygnowały ją autorytety naukowe, m.in. profesorowie Maria Janion, Władysław Kunicki-Goldfinger, Henryk Wereszycki, Edward Lipiński, Jan Kielanowski.
Swoją sławą po raz kolejny ochraniali inicjatywę opozycjonistów, ale tym razem sami wzięli w niej czynny udział. Chcieli uczyć młodzież, jak naprawdę wyglądała historia Polski oraz odkłamać inne dziedziny wiedzy, wypaczone przez komunistyczną ideologię. Bez udziału wybitnych intelektualistów nielegalne wykłady naukowe nie miały szansy powodzenia. Wcześniej Adam Michnik i Tomasz Burek usiłowali stworzyć Uniwersytet Latający, lecz brutalne najścia SB i milicji skutecznie uniemożliwiały prowadzenie zajęć ze studentami. Wobec znanych naukowców nie ośmielano się stosować takich metod. Na spotkaniu władz partyjnych w kwietniu 1978 roku kierujący Wydziałem Nauki i Oświaty KC Andrzej Werblan bezradnie podkreślał, iż "(...) wmówienie społeczeństwu, że około 200 czołowych twórców i wybitnych naukowców to przeciwnicy socjalizmu, byłoby dla nas propagandowo zabójcze".
Po raz kolejny rządzący liczyli, iż kłopot uda się zneutralizować, używając dyskretnych metod. Początkowo z wykładami walczono przy pomocy kolegiów ds. wykroczeń. Trafiały przed nie osoby użyczające swoje mieszkania TKN-owi. Ta taktyka nie przyniosła skutku, bo zasądzone kary opozycja pokrywała, urządzając zbiórki pieniędzy wśród sympatyków KOR. Choć na zajęcia w ramach TKN uczęszczało zaledwie ok. 100 słuchaczy, to fakt, że w ogóle się odbywały, ośmielał do działania także innych, do tej pory w nic niezaangażowanych przedstawicieli świata kultury.
W marcu 1978 roku na XX Zjeździe Związku Literatów Polskich, w obecności członków Biura Politycznego PZPR, zbuntowali się pisarze. Doszło do rzeczy wcześniej niebywałych, bo na sali obrad kolejni delegaci wychodzili na mównicę i otwarcie protestowali przeciwko brakowi swobód w PRL.
"Cenzura decyduje, kto ma być pisarzem w Polsce, rozstrzyga o problematyce dzieła literackiego, o jego ostatecznym kształcie, o terminie i zasięgu jego rozpowszechniania, a również o jego recepcji, oddźwięku i rzekomej opinii czytelniczej" - ogłosił w najodważniejszym przemówieniu pisarz Andrzej Braun. Gdy zaś wieczorem podczas przyjęcia w Urzędzie Wojewódzkim wicewojewoda katowicki Gorczyca w imieniu władzy usiłował skarcić literatów, ci demonstracyjnie opuścili imprezę.
Nawet prezes ZLP Jarosław Iwaszkiewicz, zawsze lojalny wobec reżimu, podążył za członkami Związku. "Dla dygnitarzy była to konsternacja, że bóg polskiego Parnasu (...) stanął po stronie kolegów pisarzy" - z satysfakcją zanotował w swoich zapiskach Leszek Prorok.